poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Brave New World?

Bez nadmiernego ryzyka można z góry stwierdzić, iż świeża ryba zawsze lepiej smakuje niż ta głęboko zamrożona, przygotowywana do konsumpcji w skwierczącym oleju wielokrotnego użycia (to w języku angielskim „axiom”, czyli pewnik). I spokojnie „smażyć się” dalej w tego rodzaju porównaniach, aż do absolutnego przekonania wyłożonego jak na tacy (w dodatku w „euklidesowej panierce”), że oto The Australian Pink Floyd mają w sobie tyle z ducha legendarnego protoplasty, co śmierć polnej myszy upolowanej przez kota z radosnych przygód Myszki Miki. Inaczej: skoro Brave, jednej z najlepszych płyt Marillionu z Hoghartem towarzyszył przed laty film w reżyserii Richarda Stanleya, tym samym ktoś uparty (albo lepiej – konsekwentny) mógłby doszukiwać się w tym fakcie dodatkowego symbolu: płycie Axiom zespołu Archive, jednego z najdoskonalszych współczesnych kontynuatorów muzycznych dokonań takich wykonawców jak m.in. Pink Floyd (z The Wall Alana Parkera na koncie) również towarzyszy obraz filmowy wyreżyserowany przez Jesusa Hernandeza.

Darius Keeler, założyciel Archive, już przy okazji swoich poprzednich przygód z kinem („Michel Vaillant”, „Sęp”) deklarował, że grupa „od dawna chciała połączyć muzykę z procesem tworzenia obrazu. Kiedy nasze nowe albumy wchodziły na rynek, zawsze pojawiał się ktoś, kto uważał iż nasza muzyka brzmi jak ścieżka dźwiękowa do filmu, który jeszcze nie powstał. W taki sposób narodził się pomysł na ten niepowtarzalny projekt”. Tytuł filmu i płyty pochodzi od nazwy odludnej wyspy otoczonej stromymi klifami. Na wspomnianym skrawku lądu znajduje się tajemnicze podziemne miasto, które funkcjonuje zgodnie z biciem wielkiego dzwonu. Archive wraz ze swoim nowym, dziewiątym albumem nie musi schodzić do podziemia, stanowiąc podzwonne dla mocno nieautentycznej estetyki nawet najdoskonalszych tribute, czy też cover bandów.

W największym możliwym uproszczeniu skierowanym do niezorientowanych – muzyka z Axiom to „krzyżówka” Pink Floyd z Massive Attack. Ale to i tak niczego nie wyjaśnia. Bo jak w paru prostych słowach opisać piękno Distorted Angels, utworu pełnego goryczy, pasji i smutku, niezwykle wzniośle zinterpretowanego wokalnie przez Pollarda Berriera? Jak już wcześniej zaznaczyłem, w wątku fabularnym Axiom jest podziemnym miastem stworzonym po wojennym kataklizmie w wielkiej dziurze odnalezionej na zapomnianej, trudno dostępnej wysepce. Miasto chronić ma przed złem wielki dzwon. Wszyscy żyją i postępują w rytm jego uderzeń. Temu powstałemu z konieczności surowemu światu (o którego równowagę dba represyjny system policyjny), gdzie nie ma miejsca na indywidualizm i nieposłuszeństwo, ambicje oraz zaspokajanie własnych przyjemności (wszystko to znajduje się pod stałą kontrolą), przeciwstawiają się buntownicy przybierający postać Zdeformowanych Aniołów. Aniołowie czekają na swojego wybawcę, którym nie jest założyciel Axiom, bezwzględny przywódca John Preacher, ale mitologiczny Czarny Ikar.

Podporządkowany fabule, w całości instrumentalny utwór tytułowy rozpoczyna się biciem dzwonów (z Greenwich), przywodząc przy okazji na myśl muzykę z The Division Bell wiadomego zespołu. Czyż bunt Disorted Angels wobec zastanego, utopijnego porządku nie przypomina trochę niepogodzenia wypływającego z kompozycji High Hopes (tam wynikającego raczej z faktu nieuchronnego przemijania i rozczarowania niespełnieniem młodzieńczych marzeń)? W Axiom już od pierwszych taktów ujawnia się charakterystyczny motyw przewodni (całość trwa ponad 10 minut), na który składa się niezwykle nośna melodia (niezmiernie trudno jest ją potem wyrzucić z pamięci). Początkowe „plamy” instrumentów klawiszowych, sekwencja, która powróci w Axiom (Reprise) – nieco przy tym przypominając pamiętne otwarcie Tubullar Bells Oldfielda – oraz niknący dźwięk dzwonów, ostatecznie przekształcają się tutaj w mocno zrytmizowane, syntezatorowe linie melodyczne. Baptism wyróżnia wokal Dave’a Pena, momentami do złudzenia upodabniający się do charakterystycznej barwy głosu znanego „supertrampa”, Rogera Hodgsona. Mocno zapętlone, perkusyjno-loopowe klimaty z Baptism, Archive wykorzystuje ponownie w kompozycji Transmission Data Terminate ze świetną partią wokalną Holly Martin. Ta muzyka, tzw. „mroczny czynnik” ma wpisany w zapis nutowy. Od strony instrumentalnej Transmission Data Terminate to wyrazisty bas, bębny i sporo elektroniki. Słychać wyraźnie, że filary personalne Archive – Griffiths i Keeler – uważnie śledzą to, co dzieje się w muzyce wykonawców w rodzaju The Orb. The Noise Of Flames Crashing niemal w całości wypełnia cudowny głos Marii Quintile, zarejestrowany na krążku w trip-hopowej osnowie, którą uzupełnia akustyczny, fortepianowy akompaniament. Niby nic wielkiego, tym bardziej, że to zaledwie preludium do Shiver, utworu mocno zbliżonego do ostatnich dokonań Anathemy. Niemniej miło się tego słucha (Maria Q. popisuje się jeszcze „madrygałową” wokalizą we wcześniej omówionym, najbardziej piosenkowym na płycie Shiver). Całość niespełna czterdziesto-minutowego projektu (to w sumie jego jedyna wada) zamyka Axiom (Reprise) – skrócony powrót „przez wszystko” z ponownie wyeksponowanym melodycznym motywem przewodnim albumu.

Przeciętna płyta świetnego zespołu, czy może dobra płyta zespołu wciąż niedocenianego, która jednak pozostawia pewien niedosyt? Raczej to drugie. Co prawda, wszystko to już było (w fabule na przykład Brazil, czy Equilibrium), ja jednak zawsze wolałem Marillion z Hoghartem, stronę A Foxtrot Genesis, Yesów na Fragile, Dramie i 90125 niż na Tales From Topographic Oceans, Floydów nie z The Final Cut, ale raczej z Wish You Were Here i Animals. Nowy album Archive te moje wybory wspaniale zdaje się potwierdzać.


Archive, „Axiom”. Dangervisit Records, 2014

czwartek, 14 sierpnia 2014

Spotkanie wokół książki „Horyzonty Spotkań Ryszarda Kapuścińskiego”

Dom Literatury w Łodzi zaprasza w dniu 19 sierpnia 2014 roku o godzinie 19.00 na jedyny w swoim rodzaju wieczór autorski Tomasza Jana Chlebowskiego, z okazji wydania książki „Horyzonty spotkań Ryszarda Kapuścińskiego”.

Ks. Tomasz Jan Chlebowski w swoim bogatym doświadczeniu spotkań z wieloma ludźmi, w wielu krajach i na wielu kontynentach, zgadza się z twierdzeniem Kapuścińskiego, które można by sparafrazować, iż jesteśmy bytami ukierunkowanymi ku spotkaniu. Poeta, pisarz, teolog, filozof. To niektóre z jego pasji. Obok nurkowania, jazdy motocyklem, podróży, muzyki i literatury. Zakochany w Meksyku, już za kilka dni wyrusza, by zamieszkać tam na stałe.

W spotkaniu autorskim towarzyszyć mu będą prof. Marek Miller, pisarz, wybitny znawca reportażu, założyciel Laboratorium Reportażu. Ubogaci ten wieczór również Piotr „Strumyk” Stróżyk, poeta i bard.
DOM LITERATURY
ul. Roosevelta 17
90-056 Łódź
tel. 42 636 68 38
tel./fax 42 636 06 19
e-mail: kontakt@dom-literatury.pl

piątek, 8 sierpnia 2014

Wiersze w „Czasie Kultury”

Na łamach poznańskiego czasopisma „Czas Kultury” nr 2/2014 (179) ukazały się dwa wiersze pochodzące z mojej nowej książki zatytułowanej „Golem”, której wydawcą będzie Instytut Mikołowski. Na stronach 78-79 pisma zainteresowani mogą przeczytać „Wyniesienie” oraz „Zmianę środków transportu”. Niżej ten drugi wiersz, zapraszam do lektury!

Zmiana środków transportu

Zdaniem wielu ekspertów życie nie zna granic.
Postać na poruszonej fotografii tkwi w kilku wymiarach
naraz. Erozja pomaga przemieścić się górom,

podobnie jak dynamit i transport. Ruszyć z posad
bryłę nie znaczy to samo, co płynąć przez trwanie
niczym „żywe srebro”, dopóki nie odnajdzie się dla siebie

odpowiedniej formy. Ona jest kluczem do otwarcia
wieków, by czerpać naukę z żywota perszeronów;
wola życia to ciągnąć wóz z węglem i węglarza, który

nie dostrzega zimnych gwiazd pod własnymi rzęsami.
Powożąc, kluczy, bo nie zna alternatywnej drogi.
Prawda jest taka, że ludzie widziani z oddali,

coraz bardziej przypominają insekty, przez co świat
schodzi na bezpańskie psy. Znaczenie w nim ma, kto
i na czyj grzbiet wskoczy oraz kiedy z niego spadnie.

Kto kogo będzie iskał? Na nic rakiety na atomowe paliwo
idei, żadne tam per aspera ad astra czy inne through
hardships to the stars, liczy się skrót, wesz (sorry – wiesz)?


No i życie, ale wystrzelone z procy.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Pustki bez pustki

Dopiero sześć lat temu po raz pierwszy zetknąłem się z Pustkami (mimo, że emocjonalna pustka dręczy mnie o wiele dłużej, a więc przynajmniej w wydaniu symbolicznym powinienem mieć z tą nazwą o wiele wcześniej po drodze). Moją przygodę z muzyką zespołu zainicjował utwór Koniec kryzysu, który znalazł się na płycie Warszawa. Tribute to Joy Division, a nieco później stał się tytułową kompozycją czwartego albumu. Wspomniany utwór został zainspirowany piosenką Passover Joy Division, stając się w tamtym czasie kompozycyjnym i brzmieniowym wyznacznikiem dokonań grupy z Ostrówka. Rok później ukazały się Kalambury do wierszy znakomitych polskich poetów (m.in. Tuwima, Broniewskiego, Gajcego i Leśmiana), które w pełni potwierdziły jedność estetyczną nowej muzyki Radka Łukasiewicza i Barbary Wrońskiej (obecny skład tria uzupełnia perkusista Grzegorz Śluz). Wskazaną „jedność” zupełnie nie burzy nowe wydawnictwo Pustek zatytułowane Safari, choć wydaje się być pozbawioną kompromisu „wyprawą na przełaj”, łącząc w sobie surowość Studia Pustki (debiutu), muzyczną łagodność Końca kryzysu oraz poetyckość tekstów z Kalamburów.

Zredukowanie niedawnego kwartetu do tria (z zespołu w 2012 roku odszedł basista – Szymon Tarkowski) przyniosło przy tej okazji nieuniknione zmiany w strukturze poszczególnych kompozycji. Dzisiaj więcej w niej różnego rodzaju przeszkadzajek, egzotycznych instrumentów, większą też niż dotychczas rolę pełnią na nowej płycie instrumenty klawiszowe. Pomimo, że prąd w instrumentach wciąż szaleje, w otwierającym album piosence Się wydawało czuć pełnię akustycznej przestrzeni, którą przy odrobinie wyobraźni mogłaby symbolizować gorąca plaża gdzieś w tropikach. Trop ten potwierdza kompozycja Wyjeżdżam, w której pasaże gitary i klawiszy brzmią jak dokonania The Beach Boys (oprócz tego w krótkim fragmencie partii klawiszy uważne ucho rozpozna subtelne nawiązanie do Bolera Ravela). Co charakterystyczne na Safari, w ogólnym planie dźwiękowym zminimalizowano gitarowe riffy na rzecz wielobarwnych muzycznie plam i efektów, zachowując w warstwie rytmicznej  dobrze znany z poprzednich płyt rockowy puls. Tym samym singlowe Tyle z życia ma w sobie coś z dobrze wykorzystanej „ludowszczyzny”, ale potraktowanej zupełnie „od czapy”, ukrytej w ostatecznym miksie na tyle głęboko (gdyż „ludyzm” pobrzmiewa w tym przypadku mocno Lou Reedem), że można ją usłyszeć w zasadzie tylko w tekście, który nosi w sobie wiele z popularnych przysłów, powiedzeń i sentencji. Siłą Pustek jest niewątpliwie Basia Skowrońska, która nawet wówczas, kiedy słodkim głosikiem śpiewa proste „na, na, na” w cokolwiek publicystycznym Rudym łysku (w swoim wyrazie blisko mu do prozy Dickensa), nie wypada przy tym sztucznie i pretensjonalnie. Jej umiejętności interpretacyjne oraz wokalne doskonale pokazuje Nie tu, gospelowo-bluesowy utwór, który pomimo tego, iż wykonany ze skromnym podkładem akompaniującym poraża wykonawczą żarliwością.

Najlepszy chyba na albumie Pokój to wielowątkowy kompozycyjnie utwór, gdzie zespół daleko odchodzi od prostych schematów zarówno popowej piosenki jak i undergroundowej quasi-ballady. Wokalizy Skowrońskiej wprowadzają słuchacza w klaustrofobiczny nastrój, który pod koniec zostaje fantastycznie podsumowany podniosłą codą klawiszy. Warto zwrócić uwagę na towarzyszące muzyce teksty. Te są jak zwykle w przypadku Pustek znakomite, wyróżniające się swoją liryczną jakością na tle banału serwowanego nam tak często przez kapele grające alternatywę („Pęknięcia na ścianie policzyłam z pająkami razem/ Gdy zamykam powieki widzę feerię barw/ Flesze z przejeżdżających aut rentgenują moją kołdrę i psa/ Pokój obok jest pełny zła/ Na klatce głosy idących do pracy/ Wracających z kolonii i z pogrzebów/ Cień żyrandola zrobił już obroty dwa/ Pokój obok jest pełny zła”).

Na Po omacku rolę wokalisty przejmuje na chwilę Radek Łukasiewicz. Muzycznie utwór ten wzbogaca zastosowane instrumentarium, na które składają się m.in. harmonijka ustna i banjo. Po omacku to ballada w stylu Myslovitz dla zaawansowanych, pozbawiona typowo radiowej przebojowości na rzecz niemelodyjnej subtelności. Byłoby w niej coś z amerykańskiego folku, gdyby nie typowo „polskie zapętlenie”, pokomplikowane linie melodyczne, które powodują, że Pustki „lecą” znacznie dalej niż prosta analogia do twórczości J.J. Cale’a (jak na przykład w Miłości i papierosach). Wystarczy posłuchać muzycznej kompresji, która jest wszechobecna w Wampirze, swoistym eksperymencie na pozornie lekkiej muzyce oraz próbie scalenia „avantu” z „popem” w polską wersję legumino-podobną (w dźwiękowy kolaż popu, rocka i alternatywy). To emocjonujące Safari kończy piosenka Lepiej osobno – czyż to nie wielce symptomatyczny w powyższym kontekście tytuł? Zostawmy to. Pustki wiedzą, co robią.

Pustki, Safari, Firma Fonograficzna ART. 2, 2014

niedziela, 3 sierpnia 2014

Złe bajki bez happy endu

Aktorzy stanowią dziś grupę, która niemal całkowicie opanowała media. Od aktorstwa do celebryctwa, lub odwrotnie; w każdym razie wydaje się, że współcześnie bycie aktorem związane jest niemal dosłownie z „byciem” właśnie. Byciem wszędzie; w telewizji, w galerii handlowej, na dniach miasta Pcimia, na pokazie mody, w takiej czy też innej fundacji, w znanej knajpie (gdzie wcinając sushi nie odrzuca się bynajmniej aktorskiego warsztatu, gra się dalej), wreszcie na łamach brukowców – bo przewlekła choroba, stalking, molestowanie w dzieciństwie i mąż, który stosował przemoc w rodzinie – w zawodzie aktora-celebryty to są tylko kolejne rekwizyty. „Być” to „mieć” na swoim koncie role w serialach i reklamach, udział w branżowych rautach, uroczystych otwarciach, wszelkiego autoramentu akcjach oraz kampaniach.

Aktorów zaprasza się przed kamerę, aby mówili o życiu. Jakie ono jest, jakie być powinno, jacy powinniśmy być my. Im podobni? Oni przecież tylko „grają”, rzadko samych siebie, najczęściej kogoś zupełnie im obcego mentalnie, zazwyczaj w sztucznych dekoracjach i plenerach podług scenariusza, który tyle ma wspólnego z rzeczywistym życiem, co hodowla domowego królika z płochliwą egzystencją dzikiego zająca. Ale nie wszyscy; istnieją również i tacy, których da się oglądać na ekranie, a nawet myśleć o nich w kontekście aktorstwa uprawianego niegdyś zupełnie w zupełnie innym stylu, któremu przez lata wierni byli tacy artyści jak m.in. Cybulski, Kobiela, Zapasiewicz, Łomnicki i Holoubek. Oczywiście, czasy są inne, odmienne też bywa pojęcie mistrzostwa. Na tle aktorskiej listy obsługującej mydlane opery, postać Arkadiusza Jakubika (to co prawda aktor współczesny, no trudno, nikt z nas nie jest bez wad) wyróżnia się zdecydowanie na korzyść; ona ją po prostu przekracza (nie tylko swoim charakterystycznym wyglądem, ale również i osobowością).

Jakubik osobowość po prostu posiada (a to w medialnej pustce jest już pewien kapitał), co też nieustannie udowadnia nie tylko na ekranie, ale również i wtedy, kiedy sprawnie poszerza swój warsztat aktora o rolę wokalisty i „frontmena” supergrupy Dr Misio. Gdybym miał posłużyć się analogią zaczerpniętą z poetyckiego ogródka, od razu podkreślę, że płyta Młodzi nie jest na szczęście gadżetem w rodzaju publikowanych co pewien czas przez rozmaitych aktorów tomików poetyckich, zawierające najczęściej pięknie wydaną i sprawnie promowaną, ale jednak grafomanię. Dr Misio to muzyczna profeska, rasowy rockowy band gości po czterdziestce, którzy w ten sposób wydają się walczyć z kryzysem wieku średniego. Żaden aktor przy mikrofonie tego nie spieprzy. Zwłaszcza przy takim wsparciu – tekstowo rzecz ogarniają Krzysztof Varga (utalentowany prozaik, świetny felietonista, sprawny animator spotkań literackich, a teraz także niezły tekściarz) oraz Marcin Świetlicki (wszelka zapowiedź wydaje się tu całkowicie zbędna). To wymarzona wręcz para autorów, jeśli tylko słowa na nagranym krążku stanowić mają integralną warstwę całości przekazu, stylistycznie rozpostartego gdzieś pomiędzy estetyką Świetlików i zbuntowaną alternatywą Cool Kids of Death (przy czym mniej więcej dwudziestoletni słuchacz winien pamiętać, iż nie należy wierzyć nikomu, kto jest po „trzydziestce”). Panowie spod znaku 40+ mają doła, rozpamiętując na płycie zatytułowanej ironicznie Młodzi własne nieudane związki, opresyjną dorosłość skojarzoną ze złowieszczym słowem „obowiązki” oraz strach przed przemijaniem (koniec dzieciństwa chłopaki, odtąd jesteśmy młodzi wyłącznie duchem!). Od strony zaplecza aranżacyjnego spraw grupy pilnują Olaf Deriglasoff oraz Mateusz Pospieszalski, nie ma więc czego się bać, tym bardziej, że Jakubika w roli wokalisty nie powstydziłyby się liczne kapele, których wokaliści wykorzystują mikrofon typowo „po aktorsku” (jako rekwizyt, cała reszta to playback).

Już w przypadku pierwszego utworu na płycie, Dziewczyn, nie ma więc mowy o żadnych podpórkach. Muzycznie kompozycja ta jawi się na debiutanckiej płycie Dr Misio jako mocna, rockowa alternatywa. Słychać w tekście, że Krzysztof Varga  w młodości interesował się muzyką Róż Europy, a zwłaszcza ich największym przebojem Stańcie przed lustrami. U Vargi słowa lecą tak: „nawet ładne / chcą tylko wyjść za mąż/ więc ja też wychodzę / i idę do domu / nawet ładne dziewczyny / chcą tylko wyjść za mąż / więc idę do domu/ a one idą za mąż”. Natomiast u Klatta tak: „Ładne dziewczyny w czarnych pończochach/ Terroryzują podmiejskich bogaczy/ Którzy za czereśnie i za winogrona/ Testują je w nocy/ A brzydkie dziewczyny spod saturatora/ Które są warte góry złota/  Oddają się za talon na hokejówki/ Lub amerykański opiekacz”. Niczego więcej to nie dowodzi ponad konstatację, że my, chłopaki po czterdziestce mieliśmy przed laty do czynienia z podobnymi dziewczynami i piosenkami. W Mentolowych papierosach nadal poruszamy się wokół wspominkowych relacji damsko-męskich. Muzycznie utwór ten stanowi typową rockową balladę z nieco mocniejszym refrenem, żeńskim chórkiem i rozbudowanym solem gitarowym. Tymczasem Krew na księżycu rozpatrywana pod kątem lirycznym to wzorcowy Świetlicki; bohater tekstu jest niepogodzonym z upływem czasu facetem o mentalności Piotrusia-Pana. I taki powinien być „nasz Marcin”, inny wydałby się kompletnie nieautentyczny. Poza tym, gdyby nie tembr głosu Jakubika, Krew na księżycu mogłaby się lekko kojarzyć z piosenkami The Cure (a Robert Smith to w końcu trochę dziwny chłopiec).

Kolejna ballada w repertuarze Dr Misio, utwór Pudelek, jest zarazem autoironiczną opowieścią, w której zespół opisuje na wskroś sztuczną tkankę otaczającą celebrytów; wszystkie te plotkarskie „portaliki”, gdzie bez przerwy pojawiają się rozmaite informacje, nazwiska i zdjęcia odnoszące się do zwykle błahych poczynań ludzkich kukieł usilnie udających aktorów (z góry skazanych na ponurą samotność z dala od fleszy). „Kiedy byliśmy młodzi/ czas stał w miejscu/ kiedy byliśmy młodzi/ nikt nie umierał i nikt się nie rodził” – śpiewa Arkadiusz Jakubik w piosence tytułowej. Tym samym posługując się słowami Vargi, pamiętny odtwórca roli Edwarda Środonia z Domu złego, daje nam jednoznacznie do zrozumienia, że przynajmniej wtedy ludzie żyli naprawdę; nie byli wyłącznie logiem, numerkiem, albo kompletnie obojętną twarzą innego człowieka, którą w pośpiechu mija się na korytarzu korporacji. Tak jak i w Śmierci w Tesco, mamy tu znacznie więcej dźwiękowego gniewu, gitarowego brudu i garażowego grania. Utwór Życie spokojnie mógłby znaleźć się zarówno w repertuarze Kultu, jak i Kazika na Żywo. Wokalnie Jakubik przypomina w nim Staszewskiego z jego kilku ostatnich płyt. Słynny Pies (na własne oczy widziałem jak zagrany przy okazji jakiejś nobliwej audycji w TV, mocno zaskoczył i zdemolował estetycznie znajdujących się wtedy w studio – od reżysera programu, prezenterów, aż po eleganckich gości) to w końcu autorska wersja I Wanna Be Your Dog The Stooges, a to przecież samo w sobie dodaje każdemu wykonawcy odpowiedniego poweru i wielce go zobowiązuje (Jakubik wystąpił wówczas we wdzianku znanym z okładki płyty). Czuję się zobowiązany zaznaczyć, że całkowicie ujął mnie swoim werbalnym przekazem Mr Huj, zawierając w sobie pokoleniową prawdę – zarówno ja, jak i Arkadiusz Jakubik (i nam podobni z roczników 1966-1969) wyglądamy dzisiaj „jak chuje, jak stare głupie chuje, jesteśmy brzydcy i kłamliwi”.

Historia morderstwa to na tle wcześniejszych utworów jeszcze mocniejsze granie,  poniekąd kojarzące się z Armią. Z kolei Plan motywacyjny estetycznie lokuje się gdzieś pomiędzy Armią a Illusion Tomka Lipnickiego. Chociaż jest tu również parę mini-gitarowych wstawek autorstwa Pawła Derentowicza (kiedyś Edyta Bartosiewicz), które brzmią jak gitara Dariusza Kozakiewicza. Świetny kawałek! Zapomnijmy jednak o dosyć już „zmęczonym muzycznie” Perfekcie, podobnie jak i o stylowych balladach; Mail od umarłego to żarliwy, rockowy kawałek, w którym Jakubik ponownie udowadnia, że nauka wywiedziona ze szkoły aktorskiej przydaje się również w rockowych interpretacjach (inny dobry przykład to Piotr Rogucki z Comy). Płytę kończy M jak Morderstwo; tym razem tekst wyszedł spod pióra Marcina Świetlickiego (i Świetlików), a ja na łamach niniejszej recenzji pragnę trochę paranoicznie widzieć w nim „przebitkę” z The End zespołu The Doors. O tu: „The killer awoke before dawn, he put his boots on/ He took a face from the ancient gallery/ And he walked on down the hall/ He went into the room where his sister lived”. U autora Zimnych krajów słowa brzmią następująco: „morderca idzie wolno korytarzem/ a ona leży z nożem w plecach/ morderca idzie wolno korytarzem/ a ona leży z nożem w plecach”. Wygląda to trochę tak jakby to, co opisywał Morrison miało swój finał wiele lat potem w M jak morderstwo, prawda?

Jaka jest puenta? Oto i ona. Pewien mój kolega w pięćdziesiątej wiośnie życia, głęboko poruszony przekazem płyty postanowił zadzwonić do menadżera zespołu (numer telefonu znajduje się na poligrafii), aby podzielić się z nim swoimi przemyśleniami oraz pogratulować słowno-muzycznego komunikatu, który na nim, jako na jego bezpośrednim odbiorcy, pozostawił piorunujące wrażenie. W pewnym momencie wspomnianej rozmowy człowiek ów posiadł informację, jakoby Arkadiusz Jakubik ręcznie porysował każde pudełko wydanej w formacie cd płyty, tak aby wszystkie egzemplarze różniły się między sobą, a tym samym nosiły ślady pewnego zużycia (nie były takie eleganckie). Ten autorski wysiłek należy docenić, niemniej uważam, że był on zupełnie zbędny. Ta muzyka i tak wyróżnia się na tle innych produkcji i w ogóle nie odstaje od poziomu dzieł, których autorami były legendy polskiego rocka w rodzaju Armii, Świetlików, Comy, Illusion, czy Budzego i Trupiej Czaszki (mimo, że projekt Dr Misio firmuje zawodowy aktor). Nie ma tutaj nic z celebryckiego coming out spod ścianki, w typie: „ryj pokazany – ryj sprzedany”. Jest za to dobry pomysł na spędzający sen z powiek komunikat dla ludzi w moim wieku. I są, jak ktoś to trafnie napisał, „złe bajki bez happy endu dla dorosłych facetów”. A te, mnie podobni słyszą zawsze, kiedy tylko przykładają głowę do poduszki.


Dr Misio, „Młodzi”. Universal Music Polska, 2013